Karpacz na cztery pory roku - strona 3 z 6
Western City
Kiedy dotarliśmy na miejsce zobaczyliśmy całkowicie zapełniony ogromny parking. Okazało się, że akurat odbywają się międzynarodowe zawody w rodeo. Po przekroczeniu wejścia rozpościerało się przed nami zaludnione miasteczko z dzikiego zachodu. Przechadzali się tu kowboje w zdobnych czapsach i skórzanych kapeluszach. Z salunu wychodziły ubrane w stroje z epoki kobiety, a do barierek były przywiązane z wyprzęgniętego dyliżansu konie ujeżdżane w stylu western.
Z miejsca rozegrała się przed nami scenka rodzajowa, która nas totalnie zaskoczyła. Przed nami rozgrywał się inscenizowany pojedynek rewolwerowców. Były wystrzały, zabici, grabarz i...kolejni zabici. Po wspaniałym popisie udaliśmy się na przechadzkę, a jest co oglądać i co robić. Dla dzieci niewątpliwie ciekawym przeżyciem będzie przejażdżka koleją westernową, dla trochę i dużo starszych, w szczególności przedstawicieli płci męskiej, wspaniałym sposobem na sprawdzenie się i podwyższenia adrenaliny będzie sprawdzenie wytrzymałości na grzbiecie elektrycznego byka. Dla tych, którzy lubią konie istnieje możliwość sprawdzenia swoich umiejętności w siodle. Nam niestety z uwagi na ilość zwiedzających się to nie udało, a szkoda. Akurat jeździmy konno, a w takiej scenerii choćby chwila jazdy stępem lub kłusem to nie lada frajda. Ale cóż, udaliśmy się w inne ciekawe miejsca, gdzie próbowaliśmy swoich sił we wchodzeniu na słup, rzucaniu nożami i strzelaniu z łuku. Jeśli chodzi o to ostatnie, czyli łucznictwo, muszę przyznać, że to nie taka prosta sprawa. Szczerze mówiąc, nie udało mi się wystrzelić porządnie nawet jednej strzały. Albo moje ręce są zbyt wątłe, albo technika jaką obrałam była beznadziejna. Choć patrząc na próby innych osób szło mi podobnie. Przyznam, panowie jednak są tu nieco lepszymi specjalistami i czasami strzała nawet doleci do celu. Jednak trafień w tarczę zbyt dużo nie widziałam, zastanawiam się nawet czy widziałam jakiekolwiek.
Kiedy nasze ręce były już nieco rozgrzane, postanowiliśmy sprawdzić swych predyspozycji w zawodzie poszukiwacza złota. To dopiero była zabawa, nieco mokra, ale genialna. Bawiłam się jak dziecko, choć mięśnie dawały się we znaki. Dostałam tu wielki nazwijmy to talerz, który dzięki odpowiednim ruchom raz po raz opróżniałam z piachu dzięki uregulowanemu przez ręce przepływowi wody. Na początku szło mi to opornie, ale skazówki kowboja wykwalifikowanego w tym fachu okazały się pomocne. Nie było to tak trudne jak wyczerpujące mięśniowo, ale zaraz w garści miałam dwie grudki białego złota (oczywiście fałszywe).
Po tej ciężkiej robocie nie pozostało nam nic innego jak wybrać się nad mały stawik by wypocząć w cieniu traw i popływać kanoe, wokoło indiańskiej wioski z wigwamami. Wygląd miejsca jest fantastyczny, a w doskwierający upał (my akurat na taki trafiliśmy) nieco maleje dzięki bliskości wody. Jak to zwykle bywa po nadwodnych przeprawach, zgłodnieliśmy. Wybraliśmy się do westernowego salunu i o zgrozo, jedzenie było już prawie doszczętnie wykupione. Musieliśmy czekać i czekać dobrą godzinę na nową dostawę. Mimo że kiszki grały marsza, skutecznie naszą uwagę odwrócił napad na bank!!!! Czego tu nie było? Strzelanina, krzyki kobiet, galopujące konie, strzegący prawa szeryf i ofiary śmiertelne. Widowisko jest naprawdę przygotowane precyzyjnie. Nad jego ciekawym przebiegiem czuwa narrator, który krok po kroku opisuje cała historię. Również jeśli chodzi o walory bezpieczeństwa, wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Są tu odpowiednie służby porządkowe, rozwijane taśmy i zachowana odpowiednia odległość by uniknąć wypadków związanych z przypadkowym postrzałem czy stratowaniem przez konia, który wiadomo może się różnie zachować w wyniku nieprzewidzianych sytuacji. Gdybym miła wybrać najmilej i najciekawiej spędzony dzień w samym Karpaczu to zdecydowanie najchętniej wracam do Western City położonego pod kozia skałą, upalnego dnia wśród kowbojów, koni i teksańskiej scenerii.